poniedziałek, stycznia 19, 2009

Jeśli Ziemia zginie, my zginiemy...

...jeśli my zginiemy, Ziemia przetrwa...

W ostatni piątek wybrałam się do kina na bardzo głośny film Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia (The Day the Earth Stood Still) z jednym z moich ulubionych aktorów filmowych - Keanu Reeves w roli głównej. Dodatkowym autem seansu był format filmu Imax, w jakim go pokazano.

Szybko okazało się, że efekt Imax jest jedynym plusem filmu.

Po dość przydługim wstępie, przyszedł czas na sceny, którymi reżyser postanowił zabić swoje dzieło śmiechem widowni.
Najpierw główna bohaterka, zgodnie ze słowami starego porzekadła "gdzie diabeł nie może tam babę pośle" sama spośród tysiąca zgromadzonych podeszła do "ufoludka". Następnie z postrzelonego "ufoludka" trysnęła krew konsystencji ketchupu. A na koniec, kiedy ludzkość pozbywała się małego "ufoludka", ze statku kosmicznego kształtu kuli ziemskiej wyłonił się duży "ufoludek". Tłumy na sali oszalały ze śmiechu.

Dalej jest już tylko gorzej. Film jest tak przewidywalny jak to, że zima znów zaskoczy drogowców.
Zakończenie filmu wprowadza w dosłowne osłupienie i nie pozwala wstać widzowi z fotela. Nie dlatego, że jest tak dobre, ale dlatego, że wszyscy czekają na dalszą część, koniec w tym miejscu po prostu nie pasuje.

Rozumiem... film jest na podstawie oryginału z 1951 roku, inne czasy. Zdaję sobie sprawę również z tego, że kino science-fiction rządzi się swoimi prawami. Ale mam wrażenie, że ten film nie przypadnie do gustu nawet miłośnikom tego gatunku, a Keane Reeves poważniej zastanowi się nad grą w tego typu filmach.

Jedyną rzeczą wartą zwrócenia uwagi jest ,według mnie, przesłanie filmu. W filmie pokazane jest to w sposób bardzo amerykański: dymiące kominy, platformy wydobywające ropę oraz to jak korzystamy z zasobów Matki-Ziemi powinny nas zmusić do myślenia o tym ile jeszcze będziemy w stanie żyć na ziemi pełnej naszych odpadków. I pomimo, że brzmi to apokaliptycznie, to chyba w jakimś stopniu znieczuliliśmy się na tą kwestię.

Podsumowując, film jest miernej jakości i bez wątpienia "Dniem w którym zatrzyma się ziemia", będzie dzień, w którym ten film otrzyma jakiekolwiek nagrody filmowe...

niedziela, stycznia 18, 2009

Chińskie ciasteczko powiedziało mi...


Bogactwo doświadczeń wprowadzi chaos w Twoje szczęście.
odpowiedziałam mu tak...

mogłam być już szczęśliwą żoną z dwójką dzieci, podającą obiad i gazetę codziennie o 15, a jestem studentką dwóch kierunków i trzeciego malutkiego w Anglii, zwiedziłam połowę Europy, realizuję swoje marzenia jedno po drugim, poznaję fantastycznych ludzi na każdym kroku i szukam szczęścia we wszystkim co mnie otacza...

Na koniec dodałam...

Szczęście to sztuka wyboru bez posmaku żalu.

I je zjadłam...

sobota, stycznia 17, 2009

Krok po kroku...

Prokrastynacja dała mi wiele do myślenia...
I w związku z tym od dziś, a właściwie od wczoraj wzięłam się ostro do pracy nad sobą.

Na początek kartka papieru i trzy małe cele na kolejny dzień.
Dziś pobudka
i walka ze zjadaczami czasu, takimi jak komputer i niepotrzebne portale.

Rezultat: cele zrealizowane, satysfakcja gwarantowana.



Wniosek: wchodząc na szczyt korzystamy ze stopni schodów, bo nie ma windy i nikt nie da rady wskoczyć na sam szczyt.

czwartek, stycznia 15, 2009

Prokrastynator, czyli student w czasie sesji

Prokra... co?
Prokrastynacja to zjawisko jest wszystkim dobrze znane, najlepiej znają je studenci w czasie sesji. Przez większość z nas nazywane dotychczas "lenistwem", od dziś niech będzie zaszczycone tą fantastyczną nazwą. Aby zobrazować je posłużę się dwoma cytatami:
Boshe spraw, żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce... (modlitwa zdaje się Kubusia Puchatka)
oraz

To co masz zrobić dziś, zrób za dwa dni, będziesz mieć dwa dni wolnego. (ludowe porzekadło)
i teraz już wszystko jasne, a jeżeli ktoś nadal nie wiem o czym piszę, to zachęcam do przeszukania internetu, aż roi się od informacji na temat tego schorzenia, tu albo tu.

Choroba przebiega w cyklach, o następujących etapach:

  1. "Chęć zrobienia czegoś
  2. Decyzja o zrobieniu tego
  3. Odkładanie czynności bez poważnego powodu
  4. Uświadomienie sobie niekorzyści, jakie pociąga za sobą odkładanie
  5. Kontynuacja odkładania
  6. Szukanie wymówek bądź odejście od problemu
  7. Odkładanie
  8. Wykonanie zadania w czas, bardzo się przy tym stresując... lub ukończenie go za późno... bądź też nie zrobienie go wcale
  9. Postanowienie o niepostępowaniu w ten sposób w przyszłości
  10. Niedługo po tym sytuacja się powtarza..."
taaak... coś w tym jest...

Poszukajmy zatem rozwiązania:
  • "duże części materiału dziel na małe, łatwiejsze do ogarnięcia w krótkim czasie,
  • sporządzaj listy zadań do wykonania (ale nie poprzestawaj na tym),
  • wiedz, że wszystko trwa dużo dłużej niż sądzisz,
  • wyeliminuj "zajęcia zastępcze", np. ciągłe, nerwowe sprawdzanie emaili,
  • ustal konkretny termin rozpoczęcia danej czynności,
  • znajdź miejsce, w którym nikt nie będzie ci przeszkadzał,
  • zacznij od środka, jeśli nie wychodzi ci początek"
A więc powodzenia w pokonywaniu PROKRASTYNACJI !

środa, stycznia 14, 2009

Kotta Pilafi, czyli danie z jednego garnka dla jednej osoby

Skład:
  • 1 pojedyncza pierś kurczaka100 g ryżu białego lub brązowego
  • pół cebuli (chyba że ktoś bardzo lubi, to więcej)
  • mała puszka pomidorów, ok. 200-300 g albo tyle samo pomidorów, ale wtedy dobrze jest je sparzyć i obrać ze skórki
  • oliwa, olej lub inny tłuszcz
  • łyżeczka koncentratu pomidorowego albo ketchup
  • szklanka bulionu z kurczaka albo szklanka rosołu
  • czosnek jeżeli ktoś lubi
Mięso i cebulę drobno pokroić wrzucić do rondelka na rozgrzaną tłuszcz i podsmażyć na dużym ogniu. Dodać ryż i smażyć, aż ryż wchłonie tłuszcz (ok. 3-5 min). Dodać bulion, pomidory i koncentrat. Wymieszać z pieprzem, zmniejszyć ogień i... poczekać. Ile? aż ryż będzie miękki i wchłonie bulion (ok. 20 min). Może pojawić się potrzeba dolania wody... to dolać zanim się przypali. I mieeeszaaać, i mieeeszaaać, żeby się nie przypaliło.
Podawać z zieloną sałatą.

Przepis jest na prawdę prosty i nie wymaga dużych nakładów finansowych ani pracy. A do tego nie ma po tym dużo zmywania i studencki brzuszek pełny.

wtorek, stycznia 13, 2009

W zdrowym ciele zdrowy duch!

...kierowana tą starożytną maksymą wypowiedzianą przez Decimusa Juniusa Juvenalisa (ok. 60-po 127 r. n. e., jednego z najwybitniejszych satyryków rzymskich), noworocznie postanowiłam dbać o formę fizyczną i psychiczną w równym stopniu.
Dlatego basen... basen... i jeszcze raz basen...
a na basen... ze znajomymi na pogaduchy.
(chociaż to niesie ryzyko i można nabrać wody w usta, jak słusznie zauważył H.)

A jak to wygląda w praktyce z The University of Salford?
Bardzo prosto.
Każdy kto mieszka na terenie campusu studenckiego, tzn. w jednej z 6 lokalizacji akademików, za jedyne 5 funtów (koszt administracyjny wyrobienia karty) może do woli korzystać z The Tom Husband Leisure Centre.

Ogromny jak na warunki akademickie kompleks oferujący
  • sale gimnastyczną dostosowaną do większości sportów (halówka, badmington, koszykówka etc),
  • dwie sale do ćwiczeń z ciężarami,
  • jedną klimatyzowaną salę do ćwiczeń kardio (rowerki, bieżnie, step w takiej ilości, że nie ma kolejek),
  • jedną z lepszych w Anglii ściankę wspinaczkową,
  • trzy korty do squasha,
  • dwa stoły do snookera
  • kilka sesji aerobiku w kilku odmianach w tygodniu
  • kilkanaście różnych klubów sportowych działających na terenie centrum
  • oraz mój faworyt, basen, jakuzzi i sauna
wszystkie pomieszczenia dobrze nagłośnione a do dyspozycji korzystających są instruktorzy, którzy na życzenie przeprowadzają indywidualne sesje w celu dobrania ćwiczeń odpowiednich dla danej osoby.

Czy to nie wspaniałe rozwiązanie?
Po co zmuszać studentów zaliczeniami z w-fu do uprawiania sportów pomiędzy wykładami, skoro można zwyczajnie pozwolić im na uprawianie dowolnego sportu o prawie dowolnej porze dnia (centrum czynne średnio od 9 rano do 21).

poniedziałek, stycznia 12, 2009

Dwie bajki...

Pobudka o 3 nad ranem, rajd przez Wawę na lotnisko, pożegnanie przed bramką i kilka telefonów zanim wyłączę komórkę (z zagranicy już nie zadzwonię, bo za drogo). Potem dwie i pół godziny lotu po to, aby znaleźć się w innej...

bajce
. Waliza, laptop, paszport i klucz do pokoju, do tego trochę ciuchów... tyle potrzeba do tej bajki, a pomimo tego jest bardzo trwała i odciska głębokie piętno.

Wróciłam do domu na Święta Bożego Narodzenia i od Krakowa do Lublina jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zapomniałam czym żyłam przez 3 miesiące w Salford. Pomimo, że żyłam tym jeszcze dwie godziny wcześniej. Jedynym dowodem na istnienie tego czasu są zapisane na dysku eseje i wypożyczone książki. Jak to możliwe, że jeszcze

trzy dni temu nie pamiętałam co działo się w moim życiu przed trzema miesiącami. Kiedy przyleciałam do Salford po raz pierwszy wszystko stanęło na głowie w ciągu jednego dnia. Plan dnia przerodził się w chaos dnia. A z głowy wyparowało nie dość, że ostatnie wakacje, to jeszcze conajmniej rok wstecz. Próbowałam sobie przypomnieć, jak się czułam przed Świętami Bożego Narodzenia rok temu... nic.

Mam nadzieję, że to Boże Narodzenie będzie inne i będę pamiętać ten czas na długo, punkt odniesienia w przyszłości.

Teraz jestem tu i pamiętam wszystko sprzed 3 świątecznych tygodni spędzonych w domu. Dzięki temu, że pamiętam mogę poprawić wszystko co mnie frustrowało i z opportunities czyniło threats.